No i jest. Szajs, ale jest. Nie wierzyliście? A szkoda. Przepraszam, naprawdę przepraszam. Nieważne jak bardzo macie mi to za złe… ja i tak bardziej.
Wczoraj były moje urodziny. To „urocze”, że po tak długiej przerwie dodaję coś akurat w ten dzień, prawda? A dziś 30 stycznia - urodziny Lily Evans. Dokładnie dwa lata temu, w nocy z 29 na 30 stycznia 2008 roku skończyłam czytać Insygnia Śmierci. Nadal wydaje mi się to takie piękne. Łzy płynęły mi po twarzy, ostatnie słowo brzmiało dobrze. I gdzieś tam, w głowie ta świadomość, że to już KONIEC. Koniec.
Dedykuję… dawnym czasom, kiedy miałam tu tak wiele wspaniałych koleżanek.
UWAGA!!! – poprzedni rozdział został usunięty. Jego fragmentu zostaną wprawdzie wykorzystane, ale później. Cofamy się troszkę w czasie. Wiem, że przez to, wygląda to tak, jakbym od półtora roku nic nie dodała, a nie „tylko” od roku… Ale nie mogłam patrzeć na rozdział 14, więc trudno. Sama do końca nie wiem, czy dobrze zrobiłam.
Uśmiechnięci, współobjęci,
spróbujemy szukać zgody.
Choć różnimy się od siebie,
jak dwie krople czystej wody.
- Wisława Szymborska
Westchnęła. Seria jej pięknych snów znowu się skończyła. Pięknych? Raczej strasznych. W tym swoim idiotycznym wahaniu i niepewności jej podświadomość wymyślała coraz to idiotyczniejsze obrazy.
I tak codziennie. A trzeba było wstawać, ubierać się, myć, jeść, egzystować. Z tą nową, irytującą świadomością.
Godzinkę temu położyła się na chwilę i usnęła. Nawet wtedy nie miała spokoju.
Spojrzała na okno – było ciemno. Potem na zegarek – osiemnasta.
Wstała i przeciągnęła się, na co jej kręgosłup zareagował serią głośnych trzasków. Przeczesała palcami włosy i wsunąwszy na nogi trampki, wyszła z dormitorium.
Pokój Wspólny był jak zwykle zatłoczony o tej porze – pełen mokrych, czerwonych na twarzach uczniów, którzy właśnie wrócili z bitwy na śnieżki. Kręciła się tu również reszta Gryffindoru.
James i Syriusz siedzieli właśnie na ziemi przed kominkiem. Obok, zwinięty na fotelu, Peter przyglądał im się uważnie. Iris z Julia nie wróciły jeszcze z sowiarni, a Remusa czytał książkę.
Oparła się o kamienną framugę klatki schodowej, patrząc na Huncwotów. Rogacz i Łapa znów ślęczeli nad mapą Huncwotów. W okularach Jamesa odbijały się pomarańczowe refleksy ognia, czarne włosy były nie tylko w nieładzie, ale również mokre – a wiec i on korzystał ze śniegu. W pewnej chwili uśmiechnął się szeroko, ukazując szereg równych białych zębów i powiedział coś cicho do Syriusza, który tylko wywrócił oczami. Rogacz wybuchnął głośnym śmiechem.
Serce zaczęło bić jej szybciej. Właściwie dlaczego tak idiotycznie na niego reagowała? Patrząc na jego sylwetkę dostawała niemal zawrotów głowy. To było CHORE. I niepoprawne. I w ogóle… NIEDOPUSZCZALNE!!! Czy nie wystarczało jej to, że od wydarzenia w damskim dormitorium tak często spędzali razem czas?
Potrząsnęła głową i rozejrzała się pokoju. Aha, on też tu był. Ubrany w pomarańczową koszulkę i przetarte jeansy nie poruszał się. W jego ciemnobrązowych włosach błyskały kropelki wody. Wyglądał bardzo pociągająco. Johny siedział spokojnie przy stoliku w kącie i „czytał” książkę, nie poruszając niebieskimi oczami. A, warto też dodać, że trzymał ja do góry nogami. Inaczej rzecz ujmując, gapił się na nią.
Pochyliła głowę, aby ukryć rumieńce wstydu, a włosy przesłoniły jej twarz. Nie chciała tego, naprawdę nie chciała wybierać, a i tak będzie musiała kogoś zranić. Możliwe, że nawet samą siebie.
Westchnęła i ruszyła w kierunku wyjścia. Dwie pary oczu odprowadziły ją do portretu. W obydwu płonął ogień.
- Stary, posłuchałbyś mnie przez chwilę, co?
Głos Syriusza ściągnął go na ziemię. O co on właściwie pytał? Wyłapywał niektóre słowa, ale ich sens zupełnie do niego nie docierał. Zresztą jak niby miał się skupić, kiedy jej kwiatowy zapach rozniósł się po Pokoju Wspólnym, a w rudych włosach Lily lśniły refleksy ognia?
Potrząsnął głową i spojrzał na Łapę.
- Sorry. Co mówiłeś?
Syriusz westchnął i pokręcił z rezygnacją głową, uśmiechając się lekko. Podążył wzrokiem na dziewczyną opuszczającą pomieszczenie.
- Coś nowego?
Rogacz odwrócił głowę i zapatrzył się hardo w płomienie, by nie zdradzić swoich uczuć. Nie powinienem za nią pójść? Przecież miałem jej pilnować… Ale przecież nie mogę się narzucać. Pewnie poszła do biblioteki – pod czujnym okiem pani Pince chyba nic jej nie grozi… myślał, starają się uspokoić wyrzuty sumienia.
Łapa zaśmiał się gardłowo.
- Człowieku. Ta dziewczyna cię kiedyś wykończy! Nie pomyślałeś, żeby sobie przynajmniej tymczasowo odpuścić? Ja wiem, że to niewykonalne, ale chociaż wrzuć na luz.
Prychnął.
- Odezwał się ten, co ma ochotę zabić każdego faceta, który rozmawia z Taylor. Włącznie ze mną!
- No dobra, dobra. Rozumiem o co ci chodzi. – mruknął lekko obrażony. - Po prostu niedobrze mi się robi, kiedy patrzę, jak się męczysz. Jesteś pewien, że nic nowego się nie wydarzyło?
- Oprócz tego, że chyba ma dość mojego ciągłego towarzystwa, to nic…
Łapa uniósł brew.
- Dość? – zmarszczył czoło. – Powiesz mi wreszcie, czemu nie odstępujesz jej na krok? Czemu nie ma nic przeciwko?
Rogacz zmieszał się, ale wzruszył ramionami i odpowiedział bez zająknięcia:
- Mamy dużo wspólnych tematów.
- Jasne.
Zamilkli. James znów wpatrzył się w rudy ogień. RUDY ogień?! Zaśmiał się pod nosem.
Syriusz uniósł brwi i mruknął cicho:
- Idiota.
James nadal był bardzo obecny w jej życiu. Starał się jej nie narzucać, ale ciągle pilnie ją obserwował, a zwłaszcza, kiedy zostawał sama. Wtedy wolał być blisko.
Nikomu niczego nie wygadał, ale też cały czas próbował wracać do tego tematu, co Lily bardzo denerwowało. W końcu dała mu do zrozumienia, że chce o tym zapomnieć.
Kiedy otworzyła oczy rankiem, 27 grudnia, bardzo bolała ją głowa. W myślach ciągle wirowały jej strzępki ledwo co urwanego snu. Twarze i głosy zlewały się w jedno i za nic nie mogła przypomnieć sobie jego fabuły. Wstała niechętnie, bez budzenia przyjaciółek i poszła się umyć.
Stojąc przed lustrem, po raz pierwszy od dłuższego czasu przyjrzała się samej sobie. Jej włosy były już dosyć długie, sięgały za łopatki. W dodatku, nie były już aż tak intensywnie rude, a bardziej kasztanowe, jednak nie do końca. Ucieszyło ją to – nie chciała się zbytnio zmieniać. Twarz była bardziej pociągła, ale wciąż blada i trochę piegowata. Wysmuklała i nawet odrobinę urósł jej biust. Uśmiechnęła się do samej siebie.
Kiedy wyszła już ubrana w dżinsy i niebieski sweter, usiadła na łóżku i zaczęła rozczesywać splątane pukle. W końcu zrezygnowała i spięła je w niedbały koński ogon, pozwalając niektórym pasemkom opaść luźno przy twarzy. Założyła kolczyki z kostek domina, które sama zrobiła i wstała.
Spojrzała na smacznie śpiącą Julię i poczuła niesamowitą chęć do okazania swojej wredności. W końcu była RUDA!
Uśmiechnęła się szeroko i chwyciła swoją poduszkę. Policzyła do trzech i zaczęła okładać nią czarnowłosą dziewczynę, skacząc po niej.
Ciszę rozdarł wrzask zaskoczenia i po chwili obie dziewczyny leżały na ziemi, okładając się poduszkami. Iris, obudzona ich krzykami zerwała się i próbowała je uspokoić, ale kiedy dostała poduszką prosto w twarz, nie pozostała im dłużna.
Tarzały się po ziemi jakieś dziesięć minut, wrzeszcząc i śmiejąc się głośno, póki od jednego wyjątkowo celnego uderzenia Julii, Iris nie poleciała krew z nosa.
- Przepraszam, naprawdę nie chciałam!
- Nie ma sprawy! – mruczała blondynka z twarzą pod kranem, podczas gdy w pokoju Lily usuwała sobie z włosów pierze. – Masz niezłego cela, Jull.
- Szkoda, że nie potrafi celnie wbić Syriuszowi gola! – parsknęła śmiechem Lily i wybiegła z dormitorium, by nie oberwać celnie rzuconym butem.
Przechodząc przez Pokój Wspólny, zauważyła ze zdziwieniem, że Peter śpi na fotelu. Jak można być tak leniwym, żeby nie przenieść się po prostu do łóżka?
Kiedy weszła do Wielkiej Sali i spojrzała na stół gryfonów, reszta Huncwotów już tam była, więc ruszyła do nich szybkim krokiem. Usiadła między Syriuszem a Remusem, naprzeciwko Jamesa.
- Cześć. – przywitała się z nieśmiałym uśmiechem.
- Siadaj Ruda, siadaj. – odpowiedział Łapa, uśmiechając się pod nosem. – Co taka niemrawa dzisiaj?
- Nie, dlaczego?
- Oh, nie wiem, może po prostu…
- Wiesz co? – przerwała mu szybko. – Nie kończ. Chyba nie chcę wiedzieć, co masz mi do powiedzenia.
Wzruszył ramionami i zabrał się za jedzenie.
- Jak wolisz…
- Dobrze zrobiłaś. – parsknął Rogacz.
Westchnęła i sięgnęła po kromkę chleba, którą posmarowała dżemem. Położyła ją na swoim talerzu i zaczęła jej się intensywnie przyglądać.
Wyobraźnia pomknęła jej jak szalona – zaczęła poważnie zastanawiać się, jak rozwiązać ten irytujący problem, który nazwała ‘JJ’, jako skrót od imion James i Johny. Wszystko dodatkowo utrudniał fakt, że sama nie wiedziała, jak postąpić, która z decyzji będzie tą dobrą. Przy każdym z nich czuła się wspaniale, ale czy było to wystarczające uczucie, by móc wybrać i mieć pewność słuszności tego wyboru?
- Od gapienia nie stanie się smaczniejsza. – usłyszała głos Syriusza w swoim lewym uchu. Podskoczyła, przestraszona i zdezorientowana.
- Cco? Co?
Pokręcił głową, uśmiechając się z dezaprobatą.
- Po prostu jedz, Lily.
Chwyciła kromkę chleba i nagle ją wgięło. Spojrzała zszokowana na młodego Blacka.
- Co? – zapytał, z widelcem zastygłym w połowie drogi do ust, patrząc na nią zdziwiony i zaniepokojony.
- Powiedziałeś do mnie… Lily?
Brunet uniósł jedną brew, a Remus i James wybuchnęli śmiechem.
- Cóż, Lily, musisz się oswoić z myślą, że wszyscy się zmieniamy. – powiedział Lupin.
Zalała się rumieńcem i właśnie miała zacząć wreszcie jeść, kiedy nadleciały sowy. Każdy z nich otrzymał Proroka Codziennego. Huncwoci zapłacili, ale nie oderwali się od jedzenia, natomiast ona odłożyła znów kanapkę i sięgnęła po gazetę.
- Jest coś ciekawego? – zapytał James.
- Mhm… - mruknęła. – Żona ministra magii ma romans z mugolskim hydraulikiem.
Parsknęli śmiechem.
- Czy intuicja mnie myli, czy to artykuł Rity?
- Nie myli, Syriuszu. Masz istnie kobiecą intuicję. – powiedziała, szczerząc do niego zęby.
- A propos kobiecości… - zaczął Remus. – Czy to wy wydawałyście dziś o ósmej rano takie subtelne i słowicze wrzaski?
Zaśmiała się głośno.
- Owszem. Kontemplowałyśmy nad sensem wszechświata.
- W to nie wątpimy… – odparł James.
– Chociaż mnie to bardziej brzmiało na pożar w kuchni. – dopowiedział Black.
Zielone oczy zamieniły się w szparki. Chwyciła swój podręcznik do numerologii i zaczęła go nim okładać po głowie.
- AU! AUU!!! – darł się, próbując zasłonić się rękami. – ZA CO?
- Za ten wstrętny... – tu zrobiła przerwę na uderzenie. – Szowinistyczny... – kolejny cios. - ŻART!!!
- AUA! To że masz okres, nie znaczy, że możesz się na nas wyżywać!!! – wydarł się, za co po raz kolejny oberwał.
- Ostrzegam cię, Black, zostaw mój cykl menstruacyjny w świętym spokoju. – wycedziła. – A tak w ogóle, to skąd wiedziałeś? – dodała ze złośliwym uśmiechem.
Prychnął, kiedy jego kumple zanosili się śmiechem.
- Trudno nie zauważyć… - mruknął, rozmasowując sobie głowę. – Boże, kobieto, ty jesteś niebezpieczna.
Uśmiechnęła się złowieszczo i przyciągnęła go do siebie za krawat tak, że ich twarze dzieliły centymetry, poczym powiedziała słodkim głosikiem:
- Nikt ci nigdy nie mówił, Syriuszu… - tu przerwała i spojrzała na niego znacząco. – Że rude jest wredne?! – i to mówiąc, oblała mu głowę sokiem z dyni.
- No nie! – ryknął. – Co za małpa! Mówię ci, Rogacz – tu zwrócił się do Pottera. – Jeśli chcesz się z nią ożenić powinieneś najpierw kupić klatkę.
Remus i James wybuchnęli śmiechem, ale twarz Lily stężała.
- Lepiej nie próbuj. – ostrzegła. – Przegryzę każde kraty.
Poczym podniosła się, chwyciła swoją różdżkę oraz książkę i oddaliła się od zszokowanych Huncwotów, zupełnie nieświadomie kręcąc biodrami.
- Lily, chodź. Siedzisz tu już trzy godziny!
Co ich to mogło obchodzić? Ma prawo zakuwać ile jej się żywnie podoba.
- I co z tego?
Julia wywróciła oczami.
- Właśnie wybieraliśmy się z chłopakami na błonia. Zamierzamy się dobrze bawić, a ty?
Lily z głośnym westchnieniem zamknęła księgę.
- No dobra. Pójdę z wami.
- Dziękujemy ci, o królowo, będziemy zaszczyceni.
- Ha, ha, ha. Baaardzo śmieszne.
Spojrzała na swoją przyjaciółkę.
- Lily, co jest?
- Nic.
Nie naciskała. Ruda już dawno nauczyła ją, że nie powinna.
Gdy wyszły już ubrane z dormitorium, na dole czekał na nie Remus.
- Hej Remus, gdzie James i Syriusz? – spytała Julia.
- Będą czekać na zewnątrz.
Po tych słowach otworzył dziurę w portrecie i przepuścił je przed sobą.
- Jane! Jane, gdzie ty jesteś?!
- Tutaj, Katherine.
Kobieta zmierzyła ją wściekłym spojrzeniem.
- Ile razy mam ci powtarzać, że masz nazywać mnie…
- Nie będę nazywać cię matką. Ani tym bardziej mamą. – odparła blondynka, siedzącą ze skrzyżowanymi nogami na łóżku. – Nie po tym, co mi zrobiłaś.
Ból wykrzywił twarz kobiety.
- Myślisz, że tego chciałam?!
- Tak, tak właśnie myślę!!! Zmuszasz mnie do… do zabijania własnych przyjaciół?!
- Och Jane, nie rozumiesz?! Zabiją cię, jeśli tego nie zrobisz!!!
Zmierzyła ją spojrzeniem od stóp do głów i łzy znowu popłynęły po jej niegdyś zawsze roześmianej twarzy.
- Więc dobrze. – odparła. – Chcę umrzeć.
- Ale co ty mówisz! To tylko jeden chło…
- Powiedziałam: NIE!!! – ryknęła i wybuchła spazmatycznym płaczem. Katherine podeszła do niej i objęła ją. Jane sama sobie się zdziwiła, że nie odsunęła się.
Przytul mnie. Bądź mi znowu mamą. Mamą, mamusią… Mam tylko siedemnaście lat, nie wymagaj ode mnie, abym była dorosła…
- I tak cię złapię!
Lily zaśmiała się. Właśnie uciekała przed Syriuszem, który już dawno zapowiedział, że porządnie natrze ją śniegiem.
Była zbyt zajęta krzyczeniem do niego, by zauważyć stojące nieopodal drzewo.
Odwróciła się za późno…
- Auć, to musiało boleć… - mruknął brunet.
Podbiegła do niego reszta paczki.
- Co się stało?
- Biedactwo, chyba nie zauważyło tego malutkiego drzewka.
Roześmiali się. O tym prastarym buku można było powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest malutki.
- I co się tak śmiejecie, pomóżcie mi wstać!
Iris cała roześmiana podeszła do niej i podała jej rękę.
- AUU!
Zbiegli się naokoło, by zobaczyć co się stało. Przyjaciółki leżały na sobie i nacierały sobie twarze śniegiem.
- A masz, a masz… - mruczała Lily, z finezją rozcierając na przyjaciółce śnieg. – To za te wszystkie bezlitosne pobudki, irytujące uwagi… AUU!!!
Iris postanowiła położyć temu kres i jednym machnięciem różdżki zrzuciła z siebie Rudowłosą, wprost do wielkiej zaspy. Blondynka wybuchła śmiechem.
- Lily, nigdy nie zapominaj o tym patyczku, który masz w kieszeni.
- Nie zapominam! Czasami chcę mieć po prostu satysfakcję z faktu, że ty bez tego „patyczka” nie potrafisz sobie poradzić! – droczyła się z nią, otrzepując z płaszcza śnieg. W jej dłoniach zaczęły pojawiać się kule śnieżne, którymi zaczęła rzucać we wszystkich naokoło.
- Na rudą małpę!!! – wrzasnął Syriusz i wszyscy ze zgodnym krzykiem rzucili się za nią.
Właśnie prawie wychodziła z Wieży, kiedy ktoś złapał ją za łokieć.
Odwróciła się i znalazła dokładnie przed Johnym. Aż sapnęła z wrażenia – wyglądał oszałamiająco. Brązowe włosy jak zwykle opadały mu nonszalancko na lazurowe oczy, które jak zwykle dziwnie ją hipnotyzowały. Miał na sobie czarny podkoszulek, przez który zarysowywały się jego imponujące mięśnie. Był od niej dużo wyższy, więc by patrzeć mu w oczy musiała zadrzeć do góry głowę.
Serce podskoczyło jej do gardła, choć sama nie do końca wiedziała dlaczego.
- Witaj. – powiedział z rozbrajającym uśmiechem.
- Mmm… Hej. – odparła cicho, rumieniąc się.
Zaśmiał się.
- Chyba masz dzisiaj nienajlepszy nastrój. – zaczął. – Nie chciałbym cię jeszcze bardziej denerwować, ale przed chwilą mnie olśniło, że nie spełniłaś jeszcze prośby z naszego pierwszego spotkania.
Spojrzała na niego zdziwiona, nic nie rozumiejąc.
- Spacer, Lily! – powiedział z uśmiechem. – Z Potterem łazisz wszędzie, a ze mną nadal nie poszłaś na spacer.
Uśmiechnęła się przepraszająco.
- Masz rację… zupełnie o tym zapomniałam.
- Jak widać ja też.
Nastała chwila ciszy.
- To co? – zaczął. – Masz ochotę na mały spacerek?
Spojrzała na niego uważnie. Z jednej strony, coś głośno w niej krzyczało Nie!, Nie na oczach Jamesa!, jednak kompletnie jej to umykało. W gruncie rzeczy, miała wielką ochotę wyjść z Johnym… Więc czemu niby nie?
- Jasne. – odparła, uśmiechając się szerzej. – A tak na marginesie, wcale nie mam dziś złego humoru.
Wyglądał na mile zaskoczonego jej dobrym nastawieniem.
- Pozostaje mi tylko mieć próżną nadzieję, że to dzięki mnie. – powiedział z uśmiechem. - Chodźmy po płaszcze.
Naprawdę, wiem, że to o wszystkim i o niczym. Wcale mi się nie podoba. Ale coś dodałam, prawda?
Dobrze widzi się tylko sercem.
Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.